Najpierw projekt, potem włóczka

Uzbrojona w pierwsze druty, już po dwóch dniach odczułam niedosyt - oczka wychodziły całkiem równe, kolor "ćwiczeniowej" włóczki był koszmarny, stwierdziłam że czekając na przesyłkę z We Are Knitters, w której miały dotrzeć do mnie łososiowe róże i szarości, zajrzę raz jeszcze do e-dziewiarki (polecam serdecznie!), w końcu to co innego oglądać włóczki na monitorze, a co innego dotknąć i pomacać. I przepadłam...

Jako całkowita nowicjuszka nie znałam zasady, której staram się hołdować dzisiaj - najpierw wybierz projekt, potem dobierz do niego włóczkę. Na początku abstrakcyjnymi wydawały mi się ilości potrzebne na szal, nie mówiąc o swetrze, więc widząc (a raczej trzymając w dłoni) kłębek wyjątkowej miękkości w postaci mieszanki merynosa z kaszmirem, rozsądek odkładałam na półkę i kupowałam po jednym motku kolorów, które mi się podobały. W duchu oczywiście myślałam "o, z tego może być czapeczka dla Małej" albo "ten się nada na szaliczek dla Mniejszej", a w domu pracowicie dziergałam próbki i ucząc się przerabiania cieńszych i grubszych włóczek. Przez tydzień po szufladach błąkało się tylko kilka kłębków, ale na zgubę moją i szuflad usłyszałam o MerinoManii Dropsa i się zaczęło...


Nie przyznam się, ile motków trafiło pod mój dach, ale na pewno za dużo, i na pewno bez spójnej koncepcji (żółty? co ja udziergam z żółtego? przecież nawet w dziecięcych ubrankach jest mi z nim nie po drodze...). Gdy niedługo potem odkryłam Ravelry zrozumiałam, że przez takie kompulsywne zakupy zostanę niedługo zasypana przez nieprzemyślane włóczki. A pokus wizualnych tak wiele... zwłaszcza od kiedy na Instagramie moje oczy zaczęły się paść na zdjęciach ręcznie farbowanej włóczki - jest coś fascynującego w kształcie wełnianego precla. A jak jeszcze doda się do tego delikatny połysk jedwabiu i nieskończoną wręcz liczbę kombinacji kolorystycznych...

Uwierało mnie to (a raczej nadal uwiera) również dlatego, że od wiosny całkiem nieźle szło mi minimalizowanie ilości zbędnych rzeczy które mnie otaczają w innych sferach życia. Szafa uporządkowana, w kuchni brak tysiąca "przydasiów", a tutaj nagle pojawia się coraz więcej i więcej motków. Choć przecież nie nazwałabym ich zbędnymi :)

Dalej grzeszę w tym temacie, teraz nawet muszę się mocno, mocno powstrzymywać przed skorzystaniem z czarno-piątkowej promocji Martin's Lab (choć walka wewnętrzna jest zażarta), ale przepełniona szuflada i dwa pudła wołają o rozsądek.

Tak więc "note to self" - jak w tytule.

PS. Promocji uległam, nie jestem najlepsza z powstrzymywania...


Komentarze